sobota, 21 lutego 2015

Selknam

Było już o Mapuche (Otoczeni przez wulkany), teraz, ponieważ zbliżamy się do Ziemi Ognistej (Tierra del Fuego), będzie trochę o jej rdzennych mieszkańcach.

Selknam (Onas), bo o nich mowa, nie mieli tyle szczęścia, co wspomniani Mapuche. Mapuche przetrwali spotkanie z Europejczykami, bo byli liczni, chronili się w górach i, co chyba najistotniejsze, nie posiadali władzy scentralizowanej, przez którą łatwo by było wpłynąć na całą społeczność. To też dumni i wytrwali wojownicy, którzy nie pozwolili i nadal nie pozwalają wydrzeć sobie największej wartości, jaką dysponują - Ziemi.

Wyspiarze z Tierra de Fuego okazali się o wiele wrażliwsi na obcą ekspansję i wystarczył jeden wiek obcowania z białymi, ażeby nie pozostał na świecie ani jeden Selknam czystej krwi! W 1974 roku zmarła ich ostatnia przedstawicielka - Angela Loji.

piątek, 20 lutego 2015

Co tam w dziczy piszczy...(cz. 2) - Ruta 40 po patagonsku - Direccion Sur

Nasz argentyński wolontariat minął szybko. Odbył się na raczej mało zorganizowanej la chacra (czyli coś w rodzaju gospodarstwa) tuż obok El Hoyo, które z kolei leży niedaleko El Bolson. Właściciel chacry nie był obecny. Zrobiliśmy tam jednak kilka fajnych rzeczy; spaliśmy sobie z innymi wolontariuszami w namiotach na dość rozległym terenie, po którym wolno biegały sobie również koniki i pałętała się jedna mała kotka, która upodobała sobie szczyt naszego namiotu:-) Nauczyliśmy się co nieco o budowaniu domów z gliny, słomy, kup końskich i butelek... czyli o budowaniu lepianek:-) Instruktorami byli budowlańcy Mapuche. Generalnie, miło spędziliśmy tam czas, poznaliśmy trochę ciekawych ludzi i nawiązaliśmy kontakty. Dowiedzieliśmy się co nieco o Argentynie, historii i kulturze tego kraju. Piliśmy dużo mate. W tym czasie udało nam się darmowo zaszczepić na żółtą febrę w okolicznym szpitalu. Uwaga! Ci, którzy wybierają się w podroż do Argentyny - tutaj można zaszczepić się za darmo lub za grosze. Szkoda fortuny, którą wydaje się w Polsce!
Po wolontariacie ruszyliśmy na patagońską część Ruty 40.

Mim z kotką. która była bardzo towarzyska, tulisińska i...
rozmiałczana

wtorek, 17 lutego 2015

Co tam w dziczy piszczy...(cz. 1) - Carretera Austral (Ruta 7)

Wybór padł na Carretere Austral, więc szybciutko wróciliśmy do Chile. Tutaj pogoda jest częściej nieprzyjazna, więc chcieliśmy skorzystać z okazji.

Jedni mówią, że "siódemka" zaczyna się już w Puerto Montt (długość drogi: około 1300 km), inni że w Chaiten (w tym przypadku to około 900 km). Wiadomo tylko, że kończy się w Villa O'Higgins. My rozpoczęliśmy naszą przygodę na wysokości Futaleufu (jakieś 80-90 km na południe od Chaiten), koło którego znajduje się małe, urokliwe przejście graniczne w Andach.

Malutkie przejście graniczne między Trevelin a Futaleufu
Oczko wodne nieopodal Futaleufu

niedziela, 15 lutego 2015

Nowy Rok w Patagonii

Do Argentyny wjechaliśmy przez przejście Cardenal Antonio Samore. Zaraz za granicą zobaczyliśmy połacie martwego lasu, który przestał istnieć z powodu erupcji wulkanu Chaiten w 2003 roku (wg relacji naszego kierowcy). Podobno chmura pyłu dotarła aż do Buenos Aires. Opad tegoż był tak ogromny, że wszystko co zielone stało się krajobrazem martwoty. Wszędzie dookoła sterczące konary i zalegający pył. Niesamowite wrażenie. Trochę, jak krajobraz księżycowy ze skamieniałymi roślinami lub jak szary las podczas bezśnieżnej zimy. Brrr... My jednak byliśmy w środku lata i po jakiejś chwili wjechaliśmy do pięknej, górzystej i zielonej Argentyny.

Tutaj dowiedzieliśmy się, że w rezerwatach i parkach narodowych istnieją darmowe kempingi, najczęściej o spartańskich warunkach, ale w miejscach oficjalnie wyznaczonych. Uff... co za ulga... W Chile wszędzie trzeba płacić i to nie mało... oczywiście, jeżeli się sypia w miejscach oficjalnie wyznaczonych;-)

W drodze na Bal Sylwestrowy - okolice Trevelin

Wigilia wedlug Mimow

Dzień przed Wigilią zdecydowaliśmy się ruszyć do Cucao w Parku Narodowym Chiloe na zachodnim wybrzeżu wyspy. Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem. Wydawało się, że wylądowaliśmy w chmurze. Zewsząd otaczała nas woda i było nieprzyjemnie. Pomimo złej aury, postanowiliśmy dać szanse dniu następnemu, albowiem przeczuwaliśmy, że w słońcu to miejsce może być nawet ładne. Rano spostrzegliśmy kolor niebieski przez niewielką dziurę w chmurach. Nadzieja! Ruszyliśmy zatem do refugio (schroniska) Cole-Cole, leżącego na izolowanej plaży, pięć godzin marszu od Cucao i to była dobra decyzja. Dzień okazał się cudowny. Szliśmy te kilka godzin w rozgrzewającym słońcu, w towarzystwie papug, przez bezmiar piasku, wzgórza i zielone tunele. Szybko zrzucaliśmy z siebie kolejne warstwy ubrań i myśleliśmy bez zazdrości o zimie w Polsce.

W drodze na Wieczerzę Wigilijną
Copyright 2014-2017 by mal_chiste. All rights reserved.