poniedziałek, 29 grudnia 2014

Deszcz na Chiloe

Autostop na Chiloe był szybki. Drugi samochód i złapaliśmy nowozelandzką parę farmerów, którzy właśnie byli w trakcie osiedlania się na… Chiloe. Wraz ze zbliżaniem się do Wyspy Magicznej (jak się ją również nazywa) coraz więcej chmur zaczęło się gromadzić nad naszymi głowami, a gdy wjechaliśmy na przeprawę promową, to zaczęło padać. Brrrr… Tak nas przywitało Chiloe. Nasi farmerzy cieszyli się z tego faktu, bo mieli już bardzo mało wody na farmie. My natomiast radośni nie byliśmy… ale zawsze jakoś jest, więc tym razem okazało się, że nasi nowi znajomi zaprosili nas do siebie i zaoferowali ciepły i suchy kąt. Dla nich był to ważny dzień, ponieważ wracali z zakupu krów, czyli kwintesencji ich farmy. Za nami jechała wielka ciężarówa z dwoma przyczepami i z pogłowiem w ilości 40 sztuk. Kiedy zatem  dojechaliśmy na miejsce, to czekaliśmy na transport, a kiedy dotarł, pomogliśmy troszeczkę w zagonieniu krów do zagrody. Mieliśmy swój drobny wkład w rozpoczęcie funkcjonowania mleko-farmy:)

Następnie osiedliliśmy się w Dalcahue w bardzo miłym hostelu z widokiem na morze. Hostel jest na tyle fajny, z taką rodzinną atmosferą, a pogoda niczym w Irlandii (Chiloe też jest zieloną wyspą znaną z tego, że pada), że od kilku dni nie chce nam się jakoś wrócić do namiotu. Rozważamy nawet spędzić tu święta. Alternatywą jest Park Narodowy nieopodal Cucao, ale wszystko zależy od pogody. Na razie zwiedzamy okolice m.in. Quemchi, Achao, Castro – jest tu całkiem uroczo i objadamy się owocami morza, zwłaszcza łososiem, którego się tutaj hoduje.

Odpływ w Dalcahue

niedziela, 28 grudnia 2014

Słońce w Valdivii

Zwiedziliśmy również Valdivię, bo nam ją strasznie polecano. Cóż, jak ktoś ma do wyboru Valdivię i Santiago, to gorąco polecamy tę pierwszą. Miasta w Chile nie powalają. Valdivia słynie z tego, że przez 300 dni w roku pada deszcz. Nam akurat udało się trafić na cudny, słoneczny dzień. W mieście tym jest zabytkowa cześć, która nie została zniszczona przez trzęsienie ziemi w latach 60´. Mogliśmy zatem podziwiać stuletnie :) domy, no… może czasem troszeczkę starsze. Cóż, ważne zabytki w Chile wyglądają tak, jak na zdjęciach poniżej i na Europejczykach raczej wrażenia nie zrobią.

Zabytkowy dom w Valdivii
I kolejny…
Dla porównania- nowoczesne osiedle

Otoczeni przez wulkany i... jeziora

Jakoś kraina wulkanów tak nas wciągnęła, że długo nie mogliśmy ruszyć dalej. Pohasaliśmy sobie po Parku Huerquehue nieopodal Puconu, troszku skomercjalizowanym, pełnym uroczych jeziorek, po czym ponownie popluskaliśmy się w gorących termach.

Park Huerquehue
Park Huerquehue

wtorek, 9 grudnia 2014

Otoczeni przez wulkany

Na początku miał być tydzień, ale zatrzymaliśmy się w cieniu wulkanów na trochę dłużej niż wstępnie planowaliśmy. Nie tylko natura wywarła tu bowiem na nas wrażenie, ale i rdzenna kultura Indian Mapuche, dla których Araucania, bo tak nazywa się region, w którym obecnie przebywamy, to ziemia przodków.

Mieszkamy, jemy i pracujemy z rodziną, w której głową jest Juan - Mapuche, a szyją - Rosario, określająca siebie, jako “uciekinierka z Santiago”. Akurat temu się nie dziwimy:) Rodzina jest lekko eko-zakręcona i bardzo sympatyczna.

Tam na zdjęciu, w lewym dolnym rogu, nasz zabrany z Polski domek o wdzięcznej, jakże pasującej do Chile nazwie, firmy - Domeyko.


Tę sporą przestrzeń trawiastą dzielimy z najśmieszniejszym stworzeniem na ziemi.


Nasz pupilek

Baranek jest młodzikiem. Jego mama należy do wuja Juana, a zarazem najbliższego sąsiada, który ma spore stado owiec. Gdy wujek zauważył, że mama owca jest w ciąży, a u niego trawy mało, bo stadko już wyjadło, oddał ją na wykarmienie do naszych gospodarzy. I tak mały baranek od urodzenia wychowuje się z dwójką psów, dwójką kotów, dwójką Polakow… Jest już całkiem oswojony. Można do woli głaskać jego sweter, chętnie bawi się z mniej skorymi do zabawy z nim psami i kotami z podwórka. A skacze na czterech kopytkach jednocześnie, niczym jak z kreskówki… bo tak mu szybciej i wygodniej… przekomiczny widok! Jest pocieszny ten nasz baranek.

Rozgrzewka

Santiago jest okropne. Jest brzydkie, bo jeśli istniała tu jakaś, choćby dwuwiekowa architektura, została zniszczona przez trzęsienia ziemi, dość często Chile nawiedzające. To miasto brudne, halaśliwie, powietrze w nim smogowate. Poza tym, w całej aglomeracji żyje prawie połowa populacji kraju, czyli jakieś siedem milionów ludzi, jest więc tłoczno. W listopadzie było już niemożebnie gorąco, a to dopiero środek wiosny.

Jedyne co nam się w Santiago podobało, to zieleń na ulicach, kwitnące o tej porze roku drzewa…, no i graffiti, dużo graffiti w stylu odmiennym, naszym zdaniem, niż ten europejski. Dużo w tej sztuce ulicznej odwołań do mistyki różnorakiej, ale i do tradycji rdzennych.

Graffiti na zdjęciu może niereprezentacyjne, ale koncept nam się spodobał… no i to jedyne zdjęcie graffiti, jakie zrobiliśmy, jedyne zdjęcie z Santiago.


Słowo wstępu

Ten blog powstał po to, by zaspokoić ciekawość naszych bliskich, rodziny, przyjaciół i innych zainteresowanych. Nie obiecujemy, że pisać będziemy regularnie albo, że w ogóle pisać będziemy. Jesteśmy teraz w ruchu i możemy nie mieć, ani czasu, ani ochoty, ani sprzętu, ani możliwości, by tę Waszą ciekawość zaspokoić. Nasz pierwszy wpis powstaje dopiero po miesiącu w Chile…
Copyright 2014-2017 by mal_chiste. All rights reserved.